Szyję sobie.

Całkiem niedawno trafiłam na komentarz, iż osoby o dużym doświadczeniu krawieckim, szyjące od lat, nie powinny brać udziału w konkursach krawieckich. Dlaczego? Gdyż ich prezentacje działają demotywująco na osoby początkujące.

Ha!- pomyślałam sobie - i sięgnęłam pamięcią wstecz, gdy to ja byłam początkująca w szyciu… Co mnie motywowało do wyjęcia maszyny? Na kim się wzorowałam? Z czego korzystałam? Czy satysfakcjonowało mnie obszywanie ścierek, czy szycie spódnic? Czy chciałam umieć coraz więcej i więcej?

Czy wertując niemieckie wydania Burdy myślałam: boszszsz, nigdy tego nie uszyję!? Nie. Myślałam: Kiedyś też tak będę szyła! A gdy chciałam iść na skróty, bo przecież “do środka nikt nie zagląda i to ja będę to nosiła”, moje poczynania stopowała Mama mówiąc: Szyj tak, jak dla siebie, czyli najlepiej jak umiesz.

Och, oczywiście, że chciałam szybkiego efektu mojego szycia. Do dzisiaj tak mam! Oczywiście, że potknęłam się po drodze wiele razy. Mam cały wór nieudanych ubrań, gdzie najczęściej zawiodło przeświadczenie o mojej nieomylności. I trzymając się powiedzenia, że “człowiek na własnych błędach się uczy”, powinnam dzisiaj być bardzo mądrą kobietą, a jednak…

Ciągle nie umiem wszystkiego, chociaż mile łechczą mnie wyrazy uznania dla mojego szycia. I ciągle podglądam lepszych ode mnie, bo to oni motywują mnie do działania, do szycia.

Dlatego uważam, że osoby, które już dawno mają za sobą etap “moja pierwsza… bluza, sukienka, itd…”, czy szyją zawodowo, czy “tylko” szyją dla siebie od lat, powinny pokazywać swoje prace w różnych konkursach. Pod każdą z takich prac powinno pisać: ZOBACZ, DO TEGO DOPROWADZĄ CIĘ GODZINY SZYCIA.TEŻ TAK BĘDZIESZ SZYŁA/-Ł. Oczywiście w swoim stylu.

Obecnie większość osób szyjących, znalazła się w tym właśnie miejscu z powodu hasła: a gdyby tak rzucić to wszystko i … i zacząć szyć! I poszła za głosem serca, koncentrując w sobie całą odwagę, nadzieję i optymizm. To jest ich pasja, miłość ich życia. A wyrazem tego, poza szyciem na zamówienie, jest szycie dla siebie. Szycie mimo braku czasu. Szycie na swoją sylwetkę, nie do końca idealną. Szycie dla siebie, jako forma realizacji nowego pomysłu, przetestowania go na sobie. Szycie dla siebie, jako forma reklamy umiejętności. Bo czyż chodzimy do kosmetyczki, która ma obgryzione paznokcie?

Podsumowując: będę szyła sobie i będę to pokazywać, by motywować, by cieszyć się, gdy ktoś też wyjdzie poza dzianinową strefę komfortu, by mówić: Dasz radę! Może nie dziś i nie jutro, ale to może być Twój cel!

Czy Twoim celem może być szyfonowa sukienka? Oczywiście! Czy model 120 z Burdy 8/2016 się nada? Po drobnych modyfikacjach, z pewnością! Czy szycie jej przyprawi Cię o ból głowy? Na bank! Czy będziesz chciał/a rzucić ją w kosz? Nawet na pewno!

Zanim jednak do tego dojdzie, spróbuj. Możesz skroić szyfon razem z podszewką. Rękawy krój układając formę po skosie, jeżeli chcesz nie musisz do nich dodawać podszewkiJeżeli obawiasz się, że w tym modelu proponowany dół nie będzie dobrze wyglądał z szyfonu, zamień go na półkoło.

Tutaj następuje czas na kawę i ciacho i ćwiczenia z Chodakowską i kolację z Lewandowską, bo półkoło musi powisieć, aby się naciągnąć.

Dnia następnego zeszyj odcinek ramię- stójka. Chcesz ułatwienia? Proszę bardzo: zamiast wszywania gumki w tę stójkę, która tak Ci się spodobała, że postanowiłaś/-łeś uszyć tę sukienkę, przeszyj tuneliki, w które po prostu wciągniesz gumkę. Zabezpiecz końcówki gumki!!! Potem zeszyj drugie ramię i boki. Zeszyj rękawy. Od razu powiem, że rękawy wszywałam dwa razy, bo za pierwszym wyszły mi za nisko. Zmierz wcześniej linię ramienia.

Doszyj pasek.

Doszyj dół do góry. Przymierz! Czy marszczenia na plecach nie odstają za bardzo? Na pewno nie w rozmiarze 36-38, powyżej już nie byłabym taka pewna. W rozmiarze 42 musiałam zebrać nieco tyłu, ok 6 cm.

Wszyj zamek. Ja wszyłam kryty w bok. Wyrównaj dół sukienki. Podwiń.

I ta daaammmm. I ciesz się! USZYŁAŚ SOBIE :)




Lampas na dodatek.

Wyspałam się na szpilce! To musi być jakiś znak. Najbardziej prawdopodobna jest teza, że posiadając miękkie serce, mam twardą część do siedzenia. Hymmm, to chyba jest związane z tym, że dużo siedzę przy maszynie. A wiadomo, części ciała ćwiczone nabierają innej elastyczności, kształtu…

Zatem: wyspałam się na szpilce i w ogóle tego nie poczułam. Dopiero rano, ścieląc łóżko patrzę, a tam w tzw. ulubionym dołeczku, szpilka! Z zieloną główką szklaną! Mąż nie zgłasza żadnych dolegliwości… czyli trzymał się na bezpieczną odległość w nocy…

W ogóle, pierwszą rzeczą po przebudzeniu, jaką zobaczyłam, była moja nowa sukienka. Zawsze nowe uszyte rzeczy zostawiam przez jakiś czas na wierzchu, aby się napawać ich widokiem. “Sprawdzam”, jak będą wyglądały przerzucone przez poręcz krzesła, albo na tzw.: “kupce-tygodniówce”, albo wiszące na drzwiach pokoju, albo na drzwiach szafy… Przyznacie, że ubranie, szczególnie nowo uszyte, nijak się prezentuje, gdy jest schowane grzecznie do szafy.

Kontynuując: moja nowa sukienka wisiała sobie na drzwiach szafy, vis a vis łóżka, na którym to ja, niczego nieświadoma, leżałam na szpilce. Sukienkę uszyłam z dzianiny trochę sweterkowej, mięsistej, zakupionej w moim ulubionym sklepie stacjonarnym. Wykrój na nią pochodzi z Burdy 1/2019 model 111.

Z początku, czyli jak tylko potrzeba tej sukienki zrodziła się w mojej szyciowej części mózgu, myślałam: świetnie, mam dzianinkę w fioletach, to sobie machnę taką kiecuchnę codzienną. I wymyśliłam nawet, kopiując wykrój na celofan, że sobie go zmodyfikuję, czyli odetnę boczki od tylnej części wykroju. Te boczki oraz rękawy planowałam uszyć z dzianiny o innym deseniu, a przód i tył z innego, ale tego samego typu. I do momentu wyjęcia materiału z szafy, byłam święcie przekonana, że mam go dwa razy po 120 cm. A tu niespodzianka: jednego mam 120 cm, a drugiego 60 cm. Cóż robić, z boczków wyszły nici. Wykroiłam tylko rękawy i odszycie stójki, a tył i przód, bez modyfikacji z drugiego. Kieszonki wszyłam, ale trochę zawiedziona się czułam, tym, że moja wizja nie została zrealizowana do końca. Chcąc coś jednak dodać od siebie, naszyłam lampas, nadając tym samym sportowy charakter sukience. Mam więc “pierwszą sukienkę z lampasem” .

Bardzo mi się podobała, jak tak wisiała na wieszaku na drzwiach szafy. Fiolet ładnie współgrał z bielą szafy, odbijającą poranne promienie słońca, a czerwień lampasa zyskiwała dodatkową ostrość.

A szpilka… ona się musiała jakoś zaplątać w te ubrania nowo uszyte, które najpierw zalegały na łóżku… Ale muszę przyznać, że twarda jestem…

Pozdrawiam

Jola

Pociąg do szycia.

Jak to było? Jak to było? Idą dwie blondynki po torach… i że schody takie długie, a poręcze za niskie, ale na szczęście winda już jedzie :)

Po torach, na których odbywała się sesja niestety od dawna już nic nie jeździ, albo bardzo rzadko. Pociągi przekierowano na inne tory… Część ludzi się dziwi, część żałuje… To trochę tak, jak z decyzjami zmieniającymi nasze życie. Takimi w stylu: a gdyby tak rzucić to wszystko i …

I zająć się szyciem. W oddali piękna stacja “Uszyłam Sama”. Schody. Niby zwykłe, ale każdy stopień ma swoją nazwę: instrukcje w Burdzie, arkusze wykrojów, odszycia, podszewki, lamówki, główki rękawów, tkaniny bez elastanu, flizeliny, zamki kryte, spódnice z koła, płaszcze, kurtki, sukienki… Aż czasami chce się przeskakiwać po dwa, ale ich nie ubywa… Poręcze to nasze zaangażowanie, radość, marzenia, ale też wsparcie i pomoc innych. A obok “winda-dzianina”, wywożąca w trybie szybkim, głodnych efektów i sukcesu, na peron “Pasja”.

A na peronie już stoi, już bucha parą pociąg do szycia. Wsiadamy wszyscy. Zajmujemy miejsca i w drogę… Od jednej stacji do drugiej, od marzenia do realizacji. Czasami na trasie wykrój - wykończenie dekoltu zdarzą się przewozy komunikacją zastępczą. Czasami na etapie szycia pociąg zwolni do prędkości parowozu. Modernizacje na trasie nieustające - nowe metody, techniki szycia, wykorzystanie trików, zmiana floty: hafciarki, renderki, overlocki, by po latach stwierdzić: teraz już tak nie uszyłabym… Potem pociąg do szycia przyspiesza i nagle okazuje się, że pędzimy jak pendolino, z wifi i ekspresem do kawy lub w strefie ciszy własnych wagonów - pracowni.

Po drodze ciągle ktoś wsiada, ktoś wysiada, bo stwierdzi: wystarczy. Większość jedzie dalej. Jednak nie ważne, jak szybko ten pociąg do szycia pędzi, ważne kto siedzi obok w przedziale. Bo po latach okazuje się, że w tym szyciu chodzi o ludzi. O historie, które nam zostawiają, o przyjaźnie, które tworzą się nad arkuszem wykrojów, przy belce materiału, nad zachwytem nad uszytą rzeczą. O ludzi, którzy uczą nas szyć. O ludzi, dzięki którym stajemy się bogatsi w doświadczenie.

Pociąg do szycia to ciągle zmieniający się rozkład naszych możliwości.

***

Sukienka w kratkę jest właśnie takim parowozem w szyciu. Uszyta na wiosnę, obfotografowana w lipcu, opublikowana w styczniu. Na etapie zszywania były “przewozy” , bo wszycie zamka krytego za pierwszym razem tak, by kratki się zgadzały, udaje się tylko raz, a ten raz już miał miejsce. Spasowanie kratek w modelu 128 z Burdy 11/2013 to kolejne “roboty na torach”. A sesja zdjęciowa… niemal jak budowa drugiej linii metra. “Weź balony, będzie kontrast” i 150 zdjęć… Cóż, model sprawdzony, bardziej dopasowany, oczywiście z kołnierzykiem, noszony z satysfakcją.

Kolejna linia otwarta, wstęgi przecięte.

Pozdrawiam z podróży w szyciu :)

Jola

Urlopowy maraton.

   Doczekałam się urlopu. Właściwie to ledwo dożyłam do tego urlopu. Oczy mi trzaskały, kręgosłup pękał, palce straciły czucie... I urlop! URLOP! Byłam tak zmęczona, że nawet w plan urlopu nie interweniowałam, wyraziłam zgodę na wszystko, jak przy zawieraniu umowy z telemarketerem, byle już jechać... 

  Ale, żeby nie było, że tak nic mnie nie interesowało, to pakowania byłam ciekawa. Otóż, pierwszy raz w mojej historii żonino-matczynej każdy członek klanu miał swoją walizkę. Wszystkie walizki szare, wszystkie mniej więcej ta sama pojemność - moja trochę większa, wiadomo. I bach, bach, pakowanie panów w pół godziny, a ja trzy dni przed wywaliłam pół szafy... I też się spakowałam, ledwo domknęłam walizkę, sukienek nabraaałaaam, że hej! Ale się spakowałam. 

  5:00 wyjazd. Każdy walizkę w łapkę i turturturturtur (uwielbiam ten dźwięk, to dla mnie zapowiedź czegoś nowego, przyjemnego, WAKACJI) po kostce brukowej na parking. Cztery walizki do bagażnika, równiutko, jak w pudełeczku! Żadnych wózków, worów z zabawkami, kibelków, kocyków, torby z lekami, torby z jedzeniem, żadnego upychania i domykania na wcisk. Cztery walizki w bagażniku, to też gwarancja, że po jego otwarciu nie będą sprawdzać twojego refleksu w łapaniu wypadającej znienacka np.: torby z zabawkami na plażę lub pudełek z makaronem...

 No więc doczekałam się, dożyłam, spakowałam i pojechałam... w spodniach. W krótkich oczywiście, bo upały zapowiadano. Krótkie spodnie należą do grupy: trzeba mieć, bo się przydają, ale nie należy przedkładać nad sukienki. Muszę przyznać, że dobrze się trzymają, te gatki. Uszyłam je w roku 2014, a wykrój na nie pochodzi Burdy z roku 2007 i pierwotnie były spodniami długimi. Wykonane są z jeansu z elastanem i mają taki niby manszet (po prostu ucięłam je na wymaganej długości i wywinęłam) i kieszonki i szeroki pas "trzymający władzę" nad zasiedziałymi mięśniami brzusznymi.

 Do spodenek założyłam biały podkoszulek, mając ogromną nadzieję, że go w całej podróży nie ufajdam artystycznie na popiersiu. Wykrój na podkoszulek, czysta klasyka, pochodzi z Burdy 6/2011, model 120 i jest super, i tylko dekolt powiększyłam, bo oryginał "ciaśnił" mnie w tarczycę. Cały uszyłam na coverlocku w tempie zawrotnym.

  Żeby już było całkiem ekstra, założyłam do tego kamizelkę, odnalezioną przy pakowaniu, a uszytą całe lata świetlne temu i o dziwo jeszcze na mnie dobrą. Kamizelka jest z prążkowanego jeansu i ma coś jakby baskinkę i multum guzików. Jej wykrój na pewno pochodzi z Burdy, jednak ani owej Burdy, ani wykroju już nie posiadam.

  I tak oto ubrana w Burdę ruszyłam w Berlin, zaczynając oczywiście od akcentu sportowego czyli zwiedzania stadionu olimpijskiego, przez Mur Berliński, Wyspę Muzeów, Bramę Brandeburską i Bundestag, korzystając po drodze z komunikacji miejskiej. Maraton. 

  

Stylizacja fryzury - Studio AFAN  :)