Epizod 20/52

Muszę przyznać, że sportowo jestem zorientowana. Jak przystało na General House Manager,  pracującą nad kreatywnym zarządzaniem zasobami ludzkimi w postaci trzech osobników płci męskiej. W związku z tym, muszę się orientować w sporcie oraz w nowych trendach w branży motoryzacyjnej. Ale w sporcie bardziej. W ogóle, po ramówce w Eurosporcie orientuję się, jaka jest pora roku, na przykład: Rajd Dakar - styczeń, czyli zima. Oczywiście na pierwszym miejscu piłka nożna: kto zdobył Puchar Niemiec, kto Puchar Króla, dlaczego Holandia nie weszła do Mistrzostw Europy, dlaczego MU od czasu odejścia Fergusona nie daje rady, i czy Bruk-Bet Nieciecza utrzyma dobrą passę. Do tego dochodzi piłka ręczna, siatkówka, NBA, żużel, snooker, kolarstwo (Majka na 5 miejscu w Giro!), no i ostatecznie skoki do wody i dart. Odpada tylko WKKW (dla niezorientowanych: Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego). O zapomniałam: i tenis, tenis oglądam (nawet Australian Open, mimo różnicy czasu)! Przecież zaczynają się europejskie wielkie szlemy. Start w Paryżu. I właśnie sukienkę mam prawie taką tenisową. Co prawda nie wiem, jakie trendy w tym roku na Roland Garros, czy Serena w koronkach, czy Radwańska w różowej sukieneczce, ale zakładam, że niebieski na trening może być. Nie za bardzo miałam czas na szycie dla siebie w tym tygodniu, bo pory długie, pory krótkie i sprawdzanie wykroju na podkoszulki (nadaje się). Przez to tylko taka sukienka mi się uszyła. I wiem, wiem, już się powtarzam, bo już mam taką do sprzątania i taką  na spacer . Ale na trening do klubiku w szeregach M&D (Mum & Dad) lub na basen, albo na badmintona, to sukienki nie miałam. Ta powstała z dzianiny o przepięknym kolorze. Chciałam sobie podnieść poziom, że niby taki trudny model i podkleiłam dekolt flizeliną dzianinową. Ale jak szybko flizelinę się przyklejało, tak sporo czasu zajęło mi odklejenie tejże. Za bardzo usztywniła dekolt i zaczął on odstawać. Wykorzystałam mojego covera do dresowych stębnówek, a domowników: jednego do robienia zdjęć, a drugiego jako sparingpartnera. I chociaż to tylko badminton, to sukienka świetnie się spisała. Sparingpartner tylko mi zwiał na murawę.

Epizod 14/52.

 

Co zrobić, żeby ciągle czuć motyle w brzuchu? Trzeba mieć pasję, zainteresowania. One sprawiają, że na nowo odradza się potrzeba, by się zakochać. Sztuka, podróże, kulinaria, szeroko pojęty handmade, suszenie kwiatów, kolekcjonowanie zakrzywionych gwoździ... Wszystko, co sprawia, że my czujemy się szczęśliwi. Wtedy szczęśliwi są też ludzie wokół nas. Stare, ale prawdziwe. 

Już trochę przeszyłam. Setki metrów materiałów, kilometry nici. Wykorzystałam dziesiątki metrów kwadratowych półpergaminu, a ostatnio celofanu. Stępiłam nie jedne nożyczki i złamałam nie jedną igłę. Kilka razy coś mi nie wyszło. Wiele razy zdawało mi się, że wiem lepiej.  I dalej mi się chce. I ciągle przede mną kolejne "pierwsze razy" krawieckie. Kolejne zakochania, w tkaninie, w pomyśle, w tym, że ja mogę to uszyć. Gorąco polecam. 

Sukienka nr 14: materiał - lacosta (jakieś 120 cm), wykrój - Ottobe 5/2015 (już prezentowany , nie zwężony dołem i z krótkim rękawem, wynik ograniczenia materiałowego),  czas wykonania - ok. 2 godz. (bez przerwy na kawę, za to z pomysłem na postawienie barier dźwiękochłonnych - mamomamomamomamo potrafi być irytujące, zwłaszcza w fazie natchnienia szyciowego). 

 

 

Dobry początek.

Piątek dobry na szycie. Czwartek też niczego sobie, ale piątek jest wyjątkowy. Perspektywa dwóch wolnych dni po piątku daje poczucie wolności. Płuca zwiększają pojemność, wzrok się wyostrza, głowa do góry, klatka do przodu, pępek do kręgosłupa. Pojawiają się plany. Wszak dwa dni, 48 godzin, ileż to można zrobić? Tylko trzeba dobrze zacząć. Można zacząć od planów rozpoczętych, planów już skrojonych. Na przykład od skrojonej bluzy małej i dużej. Chociaż najpierw dużej, bo mała powstała z resztek. Dzianina drukowana w piwonie, to Teofilów. Prawda, że fajna? Dzianina, kolor bakłażan, bardzo dobra jakość, lokalny sklep z tkaninami. Oczywiście piwonii nie było na tyle, by skroić całość. Stąd rękawy dosztukowane z bakłażana. Forma prosta, przód i tył z rękawem kimono. Zmieniłam kształt dekoltu na  łódkę. Tył dopasowałam na zaszewkach. Więcej kombinacji było z małą. Wykrój bazowy pochodził z Ottobre i był bluzeczką. Poszerzyłam boczki, dodałam kieszonki, zaokrągliłam dół tyłu i powstałą tunika. W ten sposób szafa wzbogaciła się w kolor, a w pudle ubyło resztek. Czyli zrealizowałam uwalnianie tkanin, oraz zawalczyłam z zalegającymi resztkami. Dobry początek. Jeszcze dwa dni...

  

Epizod 9/52

Jednostka domowa

 

Wspomniałam o wyrzuceniu starych dresików bez wyrazu? Wspomniałam. A że to rok realizacji postanowień, więc szaraki poszły w kosz. Nawet nie zareagowałam, jak wołały: nie wyrzucaj nas, nie wyrzucaj, jeszcze się przydamy.... A poszły won! No i poszły. Miałam fajną bakłażanową dzianinę pętelkową, o dobrym splocie i z odpowiednim dodatkiem włókien rozciągliwych. Uszyłam sukienkę. Szyłam, szyłam.  W zasadzie żadnego "slow", raczej "fast sewing". Wiadomo, czasem efekt jest potrzebny od zaraz. Dzianina dobrze się szyła.

Przymiarka - jest ok. Wszyłam odszycie przy półgolfie. Poobcinałam nitki - nawet te w środku, chociaż "do środka nikt Ci nie będzie zaglądał". Ubieram, zasuwam srebrny, ozdobny zameczek iiii...co jest?! To się ma tak marszczyć pod szyją? Coś źle zrobiłam. Z pewnością odszycie za mocno naciągnęłam w stosunku do materiału i teraz się marszczy. Prujemy. Oddzieliłam odszycie od stójki, ... a tak ładnie było wszyte. Mierzę jeszcze raz, no kurcze, też się zwija.... Poszłam po rozum do głowy i sięgnęłam do Burdy nr 11/2015. A tam, na rysunku technicznym, nic się nie zwija, więc na pewno coś źle wycięłam, zeszyłam(?). Coś mi szepnęło, żeby zerknąć na zdjęcie. Sukienka na modelce... nooo... tam to się zwija i to jeszcze bardziej niż u mnie! I jeszcze sobie zamek rozsunęła, cwaniara, bo pewnie ją"ciaśniło" w szyjkę. Mnie nie "ciaśni", ale dobrze, że sprawdziłam u źródła, że  zwija się z założenia. A mówili: czytaj do końca polecenia... Mówili? Mówili. To wszyłam odszycie z powrotem. Tak oto stałam się posiadaczką sukienki domowej. Jakieś logo sponsora? Zapraszam, mnóstwo miejsca na reklamę :) A sorki, sorki, bez metki miało być. 

Epizod 2/52

Stand up krawiecki czyli szycie w domu.

 Właściwie powinno być: stand up, sit down, stand up, sit down... Szukam wykroju - sit down. Robię wykrój - stand up. Kroję - nadal stoję. Siadam - do maszyny. Wstaję - podklejam. Siadam - przeszywam, obrzucam. Wstaję - prasuję. Przymiarka - stoję. Pruję - siadam. W tzw. międzyczasie: maaamooo, bo on nie chce się ze mną bawić! ( gdzie ta prujka ?! ), maaamooo, czy Marek może do nas przyjść? ( igła jakaś tępa ?! ), maaamooo, mogę kakao? ( za chwilę będą pytać, czy mogą oddychać... i  jeszcze nitki mi brakło w bębenku ), Kochanie, kawy napiłbym się z Tobą, zrobisz? ( a co to ja...czemu ta maszyna tak wolno szyje ????!!! ); maaamooo, będziemy coś jeść? ( już 2 p.m. ? kiedy to zleciało? ). A ja jeszcze tylko dwa szwy, dwa szwy... MUSICIE JEŚĆ?! Maaamooo....

Szycie w domu przypomina czasami stress test. Niby tak przyjemnie, wszystko na miejscu, a tu nagle zostajesz otoczona przez grupę roszczeniową, z  transparentami niemal. Twoja reakcja może mieć wpływ na życie członków w/w grupy, więc się starasz, zaciskasz zęby..jeszcze tylko podwinąć... wcale się nie denerwujesz...jesteś oazą spokoju....ale jak się potem dobrze trze ziemniaki na placki... dynamicznie ;)

W warunkach skrajnego stresu powstała sukienka domowa. Coś w kropeczki, groszki i kropy trzeba w szafie mieć. Na stół trafiła dzianina z Teofilowa, 1,5 m. Model pochodzi z Ottobre  nr 5/2015. Podkleiłam dekolt i dół sukienki flizeliną, bo jak to z dzianiną, miała zamiar się rozciągnąć, odwinąć i odstawać. Zapobiegłam więc i podkleiłam ( jednak po jednodniowym użytkowaniu trochę odstaje na ramionach, więc: albo nie podnosić rąk do góry, albo nic nie robić). Ale, ale najfajniejsze są przeszycia, Coverlock daje radę.