Szyję sobie.

Całkiem niedawno trafiłam na komentarz, iż osoby o dużym doświadczeniu krawieckim, szyjące od lat, nie powinny brać udziału w konkursach krawieckich. Dlaczego? Gdyż ich prezentacje działają demotywująco na osoby początkujące.

Ha!- pomyślałam sobie - i sięgnęłam pamięcią wstecz, gdy to ja byłam początkująca w szyciu… Co mnie motywowało do wyjęcia maszyny? Na kim się wzorowałam? Z czego korzystałam? Czy satysfakcjonowało mnie obszywanie ścierek, czy szycie spódnic? Czy chciałam umieć coraz więcej i więcej?

Czy wertując niemieckie wydania Burdy myślałam: boszszsz, nigdy tego nie uszyję!? Nie. Myślałam: Kiedyś też tak będę szyła! A gdy chciałam iść na skróty, bo przecież “do środka nikt nie zagląda i to ja będę to nosiła”, moje poczynania stopowała Mama mówiąc: Szyj tak, jak dla siebie, czyli najlepiej jak umiesz.

Och, oczywiście, że chciałam szybkiego efektu mojego szycia. Do dzisiaj tak mam! Oczywiście, że potknęłam się po drodze wiele razy. Mam cały wór nieudanych ubrań, gdzie najczęściej zawiodło przeświadczenie o mojej nieomylności. I trzymając się powiedzenia, że “człowiek na własnych błędach się uczy”, powinnam dzisiaj być bardzo mądrą kobietą, a jednak…

Ciągle nie umiem wszystkiego, chociaż mile łechczą mnie wyrazy uznania dla mojego szycia. I ciągle podglądam lepszych ode mnie, bo to oni motywują mnie do działania, do szycia.

Dlatego uważam, że osoby, które już dawno mają za sobą etap “moja pierwsza… bluza, sukienka, itd…”, czy szyją zawodowo, czy “tylko” szyją dla siebie od lat, powinny pokazywać swoje prace w różnych konkursach. Pod każdą z takich prac powinno pisać: ZOBACZ, DO TEGO DOPROWADZĄ CIĘ GODZINY SZYCIA.TEŻ TAK BĘDZIESZ SZYŁA/-Ł. Oczywiście w swoim stylu.

Obecnie większość osób szyjących, znalazła się w tym właśnie miejscu z powodu hasła: a gdyby tak rzucić to wszystko i … i zacząć szyć! I poszła za głosem serca, koncentrując w sobie całą odwagę, nadzieję i optymizm. To jest ich pasja, miłość ich życia. A wyrazem tego, poza szyciem na zamówienie, jest szycie dla siebie. Szycie mimo braku czasu. Szycie na swoją sylwetkę, nie do końca idealną. Szycie dla siebie, jako forma realizacji nowego pomysłu, przetestowania go na sobie. Szycie dla siebie, jako forma reklamy umiejętności. Bo czyż chodzimy do kosmetyczki, która ma obgryzione paznokcie?

Podsumowując: będę szyła sobie i będę to pokazywać, by motywować, by cieszyć się, gdy ktoś też wyjdzie poza dzianinową strefę komfortu, by mówić: Dasz radę! Może nie dziś i nie jutro, ale to może być Twój cel!

Czy Twoim celem może być szyfonowa sukienka? Oczywiście! Czy model 120 z Burdy 8/2016 się nada? Po drobnych modyfikacjach, z pewnością! Czy szycie jej przyprawi Cię o ból głowy? Na bank! Czy będziesz chciał/a rzucić ją w kosz? Nawet na pewno!

Zanim jednak do tego dojdzie, spróbuj. Możesz skroić szyfon razem z podszewką. Rękawy krój układając formę po skosie, jeżeli chcesz nie musisz do nich dodawać podszewkiJeżeli obawiasz się, że w tym modelu proponowany dół nie będzie dobrze wyglądał z szyfonu, zamień go na półkoło.

Tutaj następuje czas na kawę i ciacho i ćwiczenia z Chodakowską i kolację z Lewandowską, bo półkoło musi powisieć, aby się naciągnąć.

Dnia następnego zeszyj odcinek ramię- stójka. Chcesz ułatwienia? Proszę bardzo: zamiast wszywania gumki w tę stójkę, która tak Ci się spodobała, że postanowiłaś/-łeś uszyć tę sukienkę, przeszyj tuneliki, w które po prostu wciągniesz gumkę. Zabezpiecz końcówki gumki!!! Potem zeszyj drugie ramię i boki. Zeszyj rękawy. Od razu powiem, że rękawy wszywałam dwa razy, bo za pierwszym wyszły mi za nisko. Zmierz wcześniej linię ramienia.

Doszyj pasek.

Doszyj dół do góry. Przymierz! Czy marszczenia na plecach nie odstają za bardzo? Na pewno nie w rozmiarze 36-38, powyżej już nie byłabym taka pewna. W rozmiarze 42 musiałam zebrać nieco tyłu, ok 6 cm.

Wszyj zamek. Ja wszyłam kryty w bok. Wyrównaj dół sukienki. Podwiń.

I ta daaammmm. I ciesz się! USZYŁAŚ SOBIE :)




Lampas na dodatek.

Wyspałam się na szpilce! To musi być jakiś znak. Najbardziej prawdopodobna jest teza, że posiadając miękkie serce, mam twardą część do siedzenia. Hymmm, to chyba jest związane z tym, że dużo siedzę przy maszynie. A wiadomo, części ciała ćwiczone nabierają innej elastyczności, kształtu…

Zatem: wyspałam się na szpilce i w ogóle tego nie poczułam. Dopiero rano, ścieląc łóżko patrzę, a tam w tzw. ulubionym dołeczku, szpilka! Z zieloną główką szklaną! Mąż nie zgłasza żadnych dolegliwości… czyli trzymał się na bezpieczną odległość w nocy…

W ogóle, pierwszą rzeczą po przebudzeniu, jaką zobaczyłam, była moja nowa sukienka. Zawsze nowe uszyte rzeczy zostawiam przez jakiś czas na wierzchu, aby się napawać ich widokiem. “Sprawdzam”, jak będą wyglądały przerzucone przez poręcz krzesła, albo na tzw.: “kupce-tygodniówce”, albo wiszące na drzwiach pokoju, albo na drzwiach szafy… Przyznacie, że ubranie, szczególnie nowo uszyte, nijak się prezentuje, gdy jest schowane grzecznie do szafy.

Kontynuując: moja nowa sukienka wisiała sobie na drzwiach szafy, vis a vis łóżka, na którym to ja, niczego nieświadoma, leżałam na szpilce. Sukienkę uszyłam z dzianiny trochę sweterkowej, mięsistej, zakupionej w moim ulubionym sklepie stacjonarnym. Wykrój na nią pochodzi z Burdy 1/2019 model 111.

Z początku, czyli jak tylko potrzeba tej sukienki zrodziła się w mojej szyciowej części mózgu, myślałam: świetnie, mam dzianinkę w fioletach, to sobie machnę taką kiecuchnę codzienną. I wymyśliłam nawet, kopiując wykrój na celofan, że sobie go zmodyfikuję, czyli odetnę boczki od tylnej części wykroju. Te boczki oraz rękawy planowałam uszyć z dzianiny o innym deseniu, a przód i tył z innego, ale tego samego typu. I do momentu wyjęcia materiału z szafy, byłam święcie przekonana, że mam go dwa razy po 120 cm. A tu niespodzianka: jednego mam 120 cm, a drugiego 60 cm. Cóż robić, z boczków wyszły nici. Wykroiłam tylko rękawy i odszycie stójki, a tył i przód, bez modyfikacji z drugiego. Kieszonki wszyłam, ale trochę zawiedziona się czułam, tym, że moja wizja nie została zrealizowana do końca. Chcąc coś jednak dodać od siebie, naszyłam lampas, nadając tym samym sportowy charakter sukience. Mam więc “pierwszą sukienkę z lampasem” .

Bardzo mi się podobała, jak tak wisiała na wieszaku na drzwiach szafy. Fiolet ładnie współgrał z bielą szafy, odbijającą poranne promienie słońca, a czerwień lampasa zyskiwała dodatkową ostrość.

A szpilka… ona się musiała jakoś zaplątać w te ubrania nowo uszyte, które najpierw zalegały na łóżku… Ale muszę przyznać, że twarda jestem…

Pozdrawiam

Jola

Pociąg do szycia.

Jak to było? Jak to było? Idą dwie blondynki po torach… i że schody takie długie, a poręcze za niskie, ale na szczęście winda już jedzie :)

Po torach, na których odbywała się sesja niestety od dawna już nic nie jeździ, albo bardzo rzadko. Pociągi przekierowano na inne tory… Część ludzi się dziwi, część żałuje… To trochę tak, jak z decyzjami zmieniającymi nasze życie. Takimi w stylu: a gdyby tak rzucić to wszystko i …

I zająć się szyciem. W oddali piękna stacja “Uszyłam Sama”. Schody. Niby zwykłe, ale każdy stopień ma swoją nazwę: instrukcje w Burdzie, arkusze wykrojów, odszycia, podszewki, lamówki, główki rękawów, tkaniny bez elastanu, flizeliny, zamki kryte, spódnice z koła, płaszcze, kurtki, sukienki… Aż czasami chce się przeskakiwać po dwa, ale ich nie ubywa… Poręcze to nasze zaangażowanie, radość, marzenia, ale też wsparcie i pomoc innych. A obok “winda-dzianina”, wywożąca w trybie szybkim, głodnych efektów i sukcesu, na peron “Pasja”.

A na peronie już stoi, już bucha parą pociąg do szycia. Wsiadamy wszyscy. Zajmujemy miejsca i w drogę… Od jednej stacji do drugiej, od marzenia do realizacji. Czasami na trasie wykrój - wykończenie dekoltu zdarzą się przewozy komunikacją zastępczą. Czasami na etapie szycia pociąg zwolni do prędkości parowozu. Modernizacje na trasie nieustające - nowe metody, techniki szycia, wykorzystanie trików, zmiana floty: hafciarki, renderki, overlocki, by po latach stwierdzić: teraz już tak nie uszyłabym… Potem pociąg do szycia przyspiesza i nagle okazuje się, że pędzimy jak pendolino, z wifi i ekspresem do kawy lub w strefie ciszy własnych wagonów - pracowni.

Po drodze ciągle ktoś wsiada, ktoś wysiada, bo stwierdzi: wystarczy. Większość jedzie dalej. Jednak nie ważne, jak szybko ten pociąg do szycia pędzi, ważne kto siedzi obok w przedziale. Bo po latach okazuje się, że w tym szyciu chodzi o ludzi. O historie, które nam zostawiają, o przyjaźnie, które tworzą się nad arkuszem wykrojów, przy belce materiału, nad zachwytem nad uszytą rzeczą. O ludzi, którzy uczą nas szyć. O ludzi, dzięki którym stajemy się bogatsi w doświadczenie.

Pociąg do szycia to ciągle zmieniający się rozkład naszych możliwości.

***

Sukienka w kratkę jest właśnie takim parowozem w szyciu. Uszyta na wiosnę, obfotografowana w lipcu, opublikowana w styczniu. Na etapie zszywania były “przewozy” , bo wszycie zamka krytego za pierwszym razem tak, by kratki się zgadzały, udaje się tylko raz, a ten raz już miał miejsce. Spasowanie kratek w modelu 128 z Burdy 11/2013 to kolejne “roboty na torach”. A sesja zdjęciowa… niemal jak budowa drugiej linii metra. “Weź balony, będzie kontrast” i 150 zdjęć… Cóż, model sprawdzony, bardziej dopasowany, oczywiście z kołnierzykiem, noszony z satysfakcją.

Kolejna linia otwarta, wstęgi przecięte.

Pozdrawiam z podróży w szyciu :)

Jola

Jutro będzie futro.

Takie hasło przyświecało mi, gdy po raz enty wyciągałam z czeluści szafy z materiałami granatowe futerko. Granatowe futerko, tłusta resztka, obszarpana na jednym rogu, całe 100 x 145 cm marzeń, wizji i obietnic, co z niego “jutro” uszyję. Była więc nadzieja na połączenie go z granatową pikówką, z szarym flauszem, z ekoskórą. Był pomysł na krótki płaszczyk obszyty futerkiem, była kurteczka z baskinką, a z resztek torebka na łańcuszku, było wdzianko a la “szanelka”, był i pomysł na ramoneskę… Jednak za każdym razem wymyślony fason nie mieścił się na 100 cm futerka, albo też coś do końca mi nie pasowało.

Do czasu, który nadszedł, a miał postać wydarzenia wymagającego odpowiedniej oprawy. Wtedy, w jednym momencie, futerko przybrało kształt krótkiego wdzianka w stylu bomberki z rękawem 3/4, na szerokich ściągaczach. Od razu wiedziałam, który wykrój mam wyciągnąć, jakie ściągacze kupić, jaki zamek i jaką podszewkę.

Model 101 z Burdy 10/2008, pozbawiony jedynie odszyć przodu, które w swej pierwotnej wersji są krojone w całości z elementem przodu, zmieścił się idealnie. Futerko miało krótki włos więc krojenie postępowało szybko, ale z nieodłącznym odkurzaczem, który pochłaniał niepotrzebne nikomu kłaczki. Raz nawet skorzystał z mojej nieuwagi i wchłoną element stójki… Wybebeszyłam gagatka i odzyskałam element, a element był niezbędny, z racji małych ilości futerka.

Zszyłam bazę i na próbę doszyłam ściągacz. Bez prucia się nie obeszło. Musiałam odpruć ściągacz i skrócić elementy futerka o 10 cm, za bardzo wisiało i robiło zbytnią “bołdę” na plecach. Po korekcie, wszyciu stójki i złotego zamka kurteczka zaczęła przybierać oczekiwany wygląd. Doszyłam ściągacz do rękawów i wszyłam podszewkę - miodową. Musiała być właśnie taka. Ach, no i kieszenie! W szwy boczne, choć ich długość nie pozwalała poszaleć, wpuściłam kieszenie.

No i to byłoby na tyle, gdyby… gdyby nie to, że mi się nudziło! Myślałam sobie o czymś milutkim, czyli o tym jak się wystroję w to nowe futerko, gdzie najlepiej będzie zrobić zdjęcia… I tak myślałam i myślałam i wtedy zobaczyłam w wyobraźni, że muszę mieć coś na głowie! Jakiś fascynator! Z resztek futerka i z woalką w kropeczki! No i od pomysłu do realizacji była jedna chwila.

Na tekturce wyrysowałam kółeczko o średnicy 12 cm. Nacięłam wzdłuż promienia i skleiłam uzyskując lekki stożek. Następnie za pomocą kleju na ciepło przymocowałam futerko. Krawędzie zawinęłam pod spód i też przykleiłam. Potem przez dłuższą chwilę zastanawiałam się co z tą woalką? Do wykorzystania miałam kawałek czarnego tiulu w kropki. Po konsultacjach z M i Nieletnimi (miny ich na mój widok - bezcenne) stanęło na asymetrii. Umocowałam tiul. Z archiwum wyciągnęłam plastikową opaskę. Zaznaczyłam na niej miejsce umocowania fascynatora. Przykleiłam opaskę - dużo kleju, dużo… A cały spód podkleiłam cienkim czarnym filcem, żeby było ładnie…

Fascynator jednak okazał się, dosłownie i w przenośni, czubkiem stylizacji. No bo coś na głowie - jest. futerko - jest, a spódnicy nie ma. Musiałam, po prostu MUSIAŁAM mieć do tego spódnicę. Fuksjową, albo fioletową, albo… zieloną - oliwkową z ekoskóry. Wykrój 122 z Burdy 8/2011. Normalnie 2 godziny z podklejaniem i miałam spódnicę. A jaka byłam zadowolona ;)

Wystroiłam się jak na bal. Tylko małego pieseczka brakowało…

I jak mi wyszło?

Pozdrawiam.

Jola.

Na pełnej prędkości.

Dobra. Na pewno znacie to uczucie przedświątecznego poddenerwowania. Znacie? I to poczucie, że się, kurcze, nie wyrobię, nie zdążę, nie kupię, nie zapakuję, i wszystkie inne przedświąteczne “nie-” świata tego. Nerwowo, nie ma co. Życzliwość w narodzie w tym okresie ulatnia się, bo każdemu nieustająco podświadomość szepce “niezdążeniezdążęniezdążę…”. I właśnie padłam ofiarą takiej “przemiłej” pani, która za nic nie chciała wykazać się empatią w sprawach małych, niemal drobnych i wcale nie za darmo. Cóż, ona się nie wykazała, ja się wkurzyłam, a przed świętami było, a ja już byłam na tzw.: pełnej prędkości, więc wypadłam na parking, gdzie swą srebrną strzałę zostawiłam i…

Nie, nie, nie… nie zapomniałam, gdzie postawiłam autko, nie. Przybyłam rano, więc miejsca było pełno. I nie, nikt mi go nie “przestawił” w inne, sobie tylko wiadome, miejsce. Nie. Był. Wyciągam pilota, klikam, ciągnę za klamkę iiiii nic. Nie mruga! Drzwi się nie otwierają! W aucie! Nadmieniam, że ja na “pełnej prędkości”. Klikam, dioda się świeci, drę za klamkę, drzwi dalej nic. Myśli szybsze od prędkości światła: no tak, bateria padła, a mówiłam, że może trzeba wymienić, a nie…, dioda się świeci, a więc… awaria systemu…a nie mówiłam, no wiadomo kogo wina, wiadomo… A w środku mam wszystko: materiały świeżo nabyte zaraz po ósmej, pasmanteria, laptop!!! Klikam! Klamka! Drzwi! Nie działa!!! Patrzę, no auto - moje. Srebrne. Marka się zgadza… Ale, ale… co to za srebrną folię mam na tylnym siedzeniu? Co to za…? Odchodzę dwa kroki, rzut okiem na parking i co widzę? Dwa wolne miejsca dalej stoi TAKIE SAMO AUTO. Klikam przycisk na pilocie… mrugają światła… w tamtym aucie…

Śmiech wydobył się ze mnie odruchowo. Niektórzy odwrócili się, zaciekawieni. Nikt nie zareagował. Wiadomo: kobieta przed świętami - lepiej nie ruszać!

A wiecie, co sobie pomyślałam, jak tak darłam za klamkę niby mojego auta? Wtedy, jak pojawiła się wizja, iż wszystkie WAŻNE rzeczy mam zamknięte na amen i będę musiała innym środkiem transportu dostać się do pracy? Że przynajmniej się ciepło ubrałam.

I tak oto płynnie, z historii śmieszno-strasznej, przechodzę do sedna tego bloga, czyli do szycia. A szyło się w tym przypadku, oj szyło… Pewnie gdybym wzięła udział w akcji #wartoscszycia, pobiłabym w długości wszystkich….

Owego fatalnego dnia, kiedy to wszystkim udzielił się duch świąt “nie zdążę”, a ja pomyliłam na parkingu auta, miałam na sobie kurtkę. Kurtkę oczywiście uszyłam. Jednak była to kurtka, która spełniała wszystkie moje wymagania, a na tamtą chwilę była idealna, była ciepła, długa do kolan, z dużym kapturem obszytym futrem, kieszeniami, plisą na zatrzaski…

Jakiś rok temu, gdy za oknem było podobnie, jak dzisiaj, naszło mnie myśl: a uszyję sobie ciepłą kurtkę. Taką ciepłą, ciepłą, czyli nie szczupłą. Nie szczupłą, bo dwie warstwy: wierzchnia i podszewka, obie z ociepliną, do tego jedna grubsza od drugiej, a obie pikowane, takiego efektu nie dają. Dają za to ciepło. Wyszukałam prosty wykrój: Burda 1/2010, model 110 . Materiału miałam na styk, czyli 2 metry i był to pikowany ortalion z ociepliną. Te 2 metry też nie za szerokie były, w związku z czym musiałam rozciąć rękaw na pół i tak go wykroić. Pozszywałam, co trzeba i podszewkę i warstwę zewnętrzną, wepchnęłam podszewkę do środka warstwy zewnętrznej i przymierzyłam…

No tak… czy na schemacie było widać, że model prosty? Widać. To jaki miał być efekt, jeśli kurtka miała być ciepła? No ale bez przesady, nie aż tak prostego (czytaj: szerokiego) modelu oczekiwałam. Ponieważ pikowany ortalion warstwy wierzchniej w oryginale posiadała pionowe przeszycia, wykorzystałam je, maskując w nich zaszewki i lekko taliując kurtkę. W szwach bocznych schowałam też wpuszczane kieszenie, zasuwane krytym zamkiem. Potem doszyłam kaptur. I tutaj, już po owym fatalnym dniu, stwierdzam jeden minus: mogłam wszyć do kaptura jakiś miły materiał, np.: dzianinę, a nie atłasową podszewkę! No niby ładny efekt, ale słabo się nagrzewa i ten pierwszy moment nałożenia kaptura na głowę przy temperaturze ujemnej wcale nie jest miły.

Celem jeszcze większego uszczelnienia kurtki zrobiłam plisę maskującą zamek. Wiadomo, przez zamek może “wiuchać”, mam to przerobione na własnej osobie. Plisa jest na zatrzaski (tak między nami… mogła być szersza.. błąd w obliczeniach, braki w materiale..). A zamek, zamek jest typu góra-dół i rozciąga się na całą długość kurtki. Wszystko w celu, by nie drobić w kurtce, jak gejsza, ani nie uszkodzić zwykłego zamka przy wsiadaniu do w/w auta.

Potem wszystko pięknie zeszyłam i właśnie przygotowywałam się do obszycia futrem kaptura, gdy nagle, tak około 21 marca, zrobiło się ciepło. Temperatura na polu/dworze zupełnie nie nadawała się do noszenia grubych kurtek. Odwiesiłam nowe dzieło do szafy i wyjęłam je dopiero w listopadzie 2018 roku. Doszyłam futrzaka do kaptura.

I noszę. I jest mi ciepło. I nie muszę zakładać czterech warstw pod spód, tylko inteligentna bielizna modelująca, sukienka i kurtka i już.

Przyznam się jednak , że ta inteligentna bielizna modelująca w przypadku ciepłej kurtki nie za wiele daje… Efekt Eskimosa utrzymuje się mimo wszystko , ale czy kto widział szczupłego Eskimosa?

Pozdrawiam.

Jola.

PS: pasek do kurtki dobrałam tuż przed sesją i bardzo mi się spodobał. Teraz muszę doszyć jeszcze szlufki …


Geny księżniczkowe.

20 lat temu chciałam być dorosła i odpowiedzialna. Chciałam mieć dom, rodzinę i pracę… 20 lat później stwierdzam, że trzeba jednak było zostać księżniczką. Tym bardziej, iż pojawił się Książę. Trzeba było od razu zatracić połowę tzw. zaradności życiowej. Co mi to wtedy tak przeszkadzało? Jak teraz, po 20 latach, okazuje się, że mam bardzo wiele genów księżniczkowych, no całe mnóstwo, które utrudniają mi funkcjonowanie w szarej rzeczywistości?

Na przykład najchętniej nigdzie nie spieszyłabym się - niech czekają. Chodziłabym tylko w fajne miejsca: do kina, teatru, kawiarni, muzeum, sklepu z tkaninami… a nie do spożywczaka… (chociaż raz Książę, na mój wywód, jak to trzeba chodzić w fajne miejsca, żeby było fajnie, stwierdził: “W Lidlu byliśmy” …no cóż…). Spałabym do południa, bo wieczorem nigdy zasnąć nie mogę od razu. Najpierw mi wszystko przeszkadza, a potem, gdy za radą Księcia: “myśl o czymś przyjemnym”, zaczynam myśleć, co to ja sobie uszyję z tych tkanin, które mam w szafie…, a potem z tych, co to je widziałam w sklepie…, a potem zaczynam myśleć o modelach z Burdy, których jeszcze nie szyłam… i o tych, co to je widziałam na JLo… no to już w ogóle zasnąć nie mogę… Rano, wiadomo, “…budzikom śmierć…” Jadłabym dania przygotowywane przez innych. Albo żeby chociaż ktoś za mnie wymyślał codziennie”co na obiad!”, to ja już zniżę się do gotowania.

Bo ja najchętniej zajmowałabym się tylko tym, co sprawia mi przyjemność. W 100% mogę na okrągło chodzić w sukienkach. I mogę się w nie przebierać trzy razy dziennie. I mogę sobie szyć sukienki jakie mi się tylko podobają. I mało tego, znalazłam sposób, jak upchnąć w szafie jednej i nierozciągliwej, jeszcze więcej sukienek.

Otóż, Moi Drodzy, należy szyć te sukienki z tkanin cienkich, na przykład z szyfonu, albo z kelly crepe. W związku z tym, że tkaniny wyżej wymienione posiadają lub mogą posiadać pewien stopień prześwitu, należy zaopatrzyć się w dwie halki/tuniki/sukieneczki a la bieliźniane w wersji ciemnej i jasnej, aby móc je zakładać pod sukienki z szyfonu, czy też kelly crepe. Pod inne, oczywiście też, jeżeli ktoś ma takie życzenie. Tak. I wracając do tematu, jak upchnąć w szafie: te sukienki można zwijać w rulonik. Tak. W rulonik. Że się wymną? Hym, zakładam, że żelazka mamy w powszechnym użyciu, więc ten problem nas nie dotyczy. Na takiej kreszowanej kelly crepe to w ogóle nie widać zagnieceń, więc nie ma o czym mówić.

Wobec możliwości zwiększenia ilości posiadanych sukienek, postanowiłam sobie kilka doszyć, wszystkie z kelly crepe nabytej w najlepszym stacjonarnym sklepie Świat Tkanin. Pierwsza, prezentowana dzisiaj, sukienka jest efektem niezbyt długiego procesu decyzyjno-szyciowego. Góra powstała na bazie podstawowego wykroju na bluzkę z pionowymi zaszewkami. Elementy przodu i tyłu zostały skrojone po skosie. Dekolt obszyty został elastyczną lamówką i ozdobiony kokardką. Rękaw rozszerza się ku dołowi i zebrany został również elastyczną lamówką czarną. Dodatkowo ozdobiony jest kokardką, która to ewidentnie uniemożliwia wykonywanie czynności w kuchni, najbardziej mycia naczyń… z resztą, my księżniczki, nie robimy takich rzeczy…

Dół spódnicy skrojony jest z półkoła, a doszyta falbana wykonana jest z prostokąta łączonego z tego, co zostało, a że materiału było 2 m, sami rozumiecie… Brakuje tylko kieszeni, ale podobno w pewnych sferach to nie elegancko i nie wypada rąk w kieszeniach trzymać…

Jest to sukienka na tzw. szybkie wyjście, czyli gdyby nagle okazało się, że Książę zaprasza nas jednak w naprawdę fajne miejsce ….

Wyjąć-strzepnąć-założyć oto nowa filozofia noszenia sukienek.

Pozdrawiam.

Jola.